Licznik Odwiedzin, Licznik Wizyt
slots
Blog > Komentarze do wpisu
"Gruss aus Czernowitz" - Przemysl – Medyka - Lwow

Jadąc do Lwowa należy pamiętać o jednej sprawie fundamentalnej - o tym, że świat składa się z dwóch części: widzialnej i niewidzialnej (to chyba Rilke). Widzialna niekoniecznie musi odpowiadać gustom wyrafinowanych estetów. Zaczyna się już na przejściu granicznym w Medyce. Zmęczeni ludzie dźwigający dobytek w brązowych, plastikowych torbach z napisem „Hugo Boss”, walające się pod nogami kawałki grubej taśmy samoprzylepnej, którymi można zakleić dowolny karton, względnie przeczepić sobie wokół ud kilka kartonów papierosów. Pierwsze bezpańskie psy włóczące się po przejściu dla pieszych niczym patrole milicji w stanie wojennym. Trudno się oprzeć wrażeniu, że Ci handlarze przygraniczni, czy może raczej awangarda ukraińskiej małej przedsiębiorczości, szturmują właśnie nową żelazną kurtynę odgradzającą Unię Europejską (Zachodnioeuropejską?) od rozlanego po Stepach Akermańskich, wschodniego, groźnego żywiołu. Żelazna kurtyna zamyka się nieubłaganie, gdyż Polska od 2008 roku należeć będzie do „strefy Schengen” i zastępy pograniczników, których nie można zwolnić, przerzucone zostaną na wschód w celu „uszczelnienia wschodnich granic UE”. Przejście w Medyce stanie się nową twierdzą w Kamieńcu Podolskim, a Polska znów przedmurzem… Tylko czego?

Wyświechtane frazy z turystycznych przewodników mówią o Lwowie, jako o mieście „wschodu i zachodu”, tyglu kultur, religii i narodów. Stolica najdalej na wschód wysuniętej prowincji Habsburskiej Monarchii, tego najdziwniejszego z XIX-wiecznych imperiów. Podróżny wysiadający na imponującym dworcu kolejowym (dawniej odchodziły stąd 2 pociągi do Wenecji dziennie, twierdzi Andruchowycz i trudno mu nie wierzyć) wpada natychmiast w rój „marszrutek”, czyli busów kursujących po wszystkich zakątkach prowincji. Samochody krążą wokół, wydaje się, że żadne zasady ruchu drogowego nie sterują tym tłumem, jest gorąco, cuchnie benzyną, gdzieniegdzie czernieje rozlany smar, z pobliskich budek dudni ichniejsza muzyka disco-polo. Kilkaset metrów dalej bazar z prawdziwego zdarzenia, tak wygląda dzisiejsze zderzenie wschodu i zachodu. Piękne ruiny i niewidzialny świat wspomnień versus sowiecki sznyt. Małe piwko z butelki na ulicy? Proszę bardzo, to widok powszechny, nieważne czy to zaplecze podłego hotelu Arena”, reprezentacyjny Prospekt Swobody, czy park wokół Wzgórza Zamkowego. To ulubiona rozrywka dzisiejszego „Homo Sovieticus”, zasiedlającego masowo Lwów i gospodarującego tu z wrażliwością zaciężnego wojska, któremu poskąpiono na żołd. W czwartkowy wieczór o 22.30 grzecznie, ale stanowczo nie wpuszczono nas do trzech pod rząd kawiarni. Trudno odebrać to inaczej, jak policzek w pysk marzeń o Mitteleuropie wiecznie żywej.

środa, 22 sierpnia 2007, jakub_krakauer
Komentarze
2007/09/14 19:26:09
Witam! Dziękuję za linka i poproszę o jakiś adres mailowy na visegrad(at)gazeta.pl, bo ten tutaj jakoś nie przyjmuje wiadomości
Pozdrawiam - visegrad