Licznik Odwiedzin, Licznik Wizyt
slots
RSS
środa, 22 sierpnia 2007
"Gruss aus Czernowitz" - Przemysl – Medyka - Lwow

Jadąc do Lwowa należy pamiętać o jednej sprawie fundamentalnej - o tym, że świat składa się z dwóch części: widzialnej i niewidzialnej (to chyba Rilke). Widzialna niekoniecznie musi odpowiadać gustom wyrafinowanych estetów. Zaczyna się już na przejściu granicznym w Medyce. Zmęczeni ludzie dźwigający dobytek w brązowych, plastikowych torbach z napisem „Hugo Boss”, walające się pod nogami kawałki grubej taśmy samoprzylepnej, którymi można zakleić dowolny karton, względnie przeczepić sobie wokół ud kilka kartonów papierosów. Pierwsze bezpańskie psy włóczące się po przejściu dla pieszych niczym patrole milicji w stanie wojennym. Trudno się oprzeć wrażeniu, że Ci handlarze przygraniczni, czy może raczej awangarda ukraińskiej małej przedsiębiorczości, szturmują właśnie nową żelazną kurtynę odgradzającą Unię Europejską (Zachodnioeuropejską?) od rozlanego po Stepach Akermańskich, wschodniego, groźnego żywiołu. Żelazna kurtyna zamyka się nieubłaganie, gdyż Polska od 2008 roku należeć będzie do „strefy Schengen” i zastępy pograniczników, których nie można zwolnić, przerzucone zostaną na wschód w celu „uszczelnienia wschodnich granic UE”. Przejście w Medyce stanie się nową twierdzą w Kamieńcu Podolskim, a Polska znów przedmurzem… Tylko czego?

Wyświechtane frazy z turystycznych przewodników mówią o Lwowie, jako o mieście „wschodu i zachodu”, tyglu kultur, religii i narodów. Stolica najdalej na wschód wysuniętej prowincji Habsburskiej Monarchii, tego najdziwniejszego z XIX-wiecznych imperiów. Podróżny wysiadający na imponującym dworcu kolejowym (dawniej odchodziły stąd 2 pociągi do Wenecji dziennie, twierdzi Andruchowycz i trudno mu nie wierzyć) wpada natychmiast w rój „marszrutek”, czyli busów kursujących po wszystkich zakątkach prowincji. Samochody krążą wokół, wydaje się, że żadne zasady ruchu drogowego nie sterują tym tłumem, jest gorąco, cuchnie benzyną, gdzieniegdzie czernieje rozlany smar, z pobliskich budek dudni ichniejsza muzyka disco-polo. Kilkaset metrów dalej bazar z prawdziwego zdarzenia, tak wygląda dzisiejsze zderzenie wschodu i zachodu. Piękne ruiny i niewidzialny świat wspomnień versus sowiecki sznyt. Małe piwko z butelki na ulicy? Proszę bardzo, to widok powszechny, nieważne czy to zaplecze podłego hotelu Arena”, reprezentacyjny Prospekt Swobody, czy park wokół Wzgórza Zamkowego. To ulubiona rozrywka dzisiejszego „Homo Sovieticus”, zasiedlającego masowo Lwów i gospodarującego tu z wrażliwością zaciężnego wojska, któremu poskąpiono na żołd. W czwartkowy wieczór o 22.30 grzecznie, ale stanowczo nie wpuszczono nas do trzech pod rząd kawiarni. Trudno odebrać to inaczej, jak policzek w pysk marzeń o Mitteleuropie wiecznie żywej.

10:45, jakub_krakauer
Link Komentarze (1) »
"Gruss aus Czernowitz" - Lwow

W 1858 roku we Lwowie wprowadzono gazowe oświetlenie, a w 1900 otwarto w mieście dużą elektrownię ( w tym czasie mieszkańcy Warszawy podziwiali pierwszą w stolicy Prywiślańskiego Kraju latarnię uliczną). W XXI wieku sytuację ratują neony sklepów i lokali gastronomiczno-rozrywkowych. Za dnia wzbudzając skrajną irytację, w nocy stanowią często jedyne światełko w ciemnym tunelu. Budzą podziw zwłaszcza liczne „kasyna”, czyli kilka prostych automatów do gry, głośna, mechaniczna muzyka, wejścia pomalowane w kolorach flagi amerykańskiej, czasem pozłacane kolumienki i wszędobylskie migoczące napisy: tu i teraz, możesz poczuć się jak w Las Vegas. Co jakiś czas z piskiem opon odjeżdża smrodliwe auto (co oni do diabła leją do tych baków?). Jak każde szanujące się postkomunistyczne społeczeństwo (na przykład Polacy), Ukraińcy również posiadają: mnóstwo odbiorników telewizji satelitarnej na odrapanych fasadach kamienic, zastępy używanych samochodów, przede wszystkim niemieckich, krzywe chodniki i najnowsze modele telefonów komórkowych, pełno szyldów zachodnich banków i jeszcze więcej żebrzących na ulicach Cyganów. Ludzi walczących o wejście do autobusu, czy tramwaju tak zaciekle, jakby chodziło o przeżycie gatunku.

Na pięknym Rynku lwowskim młode pary fotografują się przed ślubem. Pod latarniami, fontannami, w nielicznych ogródkach restauracyjnych, albo po prostu na ławkach. Zresztą nie tylko na Rynku, przy Krakowskiej, Ormiańskiej, Swobody, pod imponującym pałacem Potockich. Wokół krążą faceci z kamerami i instruują głównych bohaterów swoich dzieł. Później cała rodzina, oprócz wesela, oglądać będzie katalog zabytków cudnego miasta Lwowa, może nawet kopię takiej kasety przesłano kiedyś do UNESCO, zanim lwowskie stare miasto wpisano na listę zabytków klasy O.

Pary młode muszą być tu szczęśliwe, do wyboru mają niezliczoną ilość kościołów wszystkich wyznań, jakie przed 1939 rokiem można było spotkać w Galicji Wschodniej. Oprócz lokali używanych przez administrację samorządową są to najlepiej utrzymane budynki w mieście. Aż strach pomyśleć, czy to lud pobożny ze swych nędznych pensji i z płodów przydomowych ogródków, łoży na utrzymanie swoich świątyń? Oprócz kościołów pieczołowicie pielęgnowane są także liczne kapliczki, na przykład tuż obok pomnika Mickiewicza. Ludzie przystają przy wejściach do cerkwi, koło kapliczek, żegnają się, niektórzy nawet wchodzą pomodlić się, lub zapalić świecę. Obok starych babuszek w chustach młode kobiety w niedługich, letnich sukienkach. Tam znacznie łatwiej zrozumieć, dlaczego nasi narodowo-katoliccy politycy najchętniej połączyli by Polskę z Ukrainą, dodali   Białoruś i oddali Rosji w wieczystą dzierżawę. Rilke także był pod wrażeniem religijności ludzi ruskich. Ciekawe tylko, czy modlą się w nadziei na lepsze jutro, czy może ze strachu?

10:38, jakub_krakauer
Link Dodaj komentarz »
"Gruss aus Czernowitz" - Lwów - Drohobycz

Ulica Szewczenki 6, lekko odrapana szara kamienica, dwoje drzwi wejściowych. Nad pierwszymi wisi skromny szyld z napisem „notariusz” na zielonym tle, przy drugich schodki wiodą do piekarni. Nad nimi dwa balkony z wszędobylskimi pelargoniami i dwóch facetów wiodących niespieszną rozmowę, jest w końcu niedziela. Tutaj 19 listopada 1942 gestapowiec Karl Gunther zastrzelił Bruno Schulza. 19 listopada musiało już zdrowo lać, może nawet prószył lekki śnieg, a ludzie przytulali się do grubych płaszczy. Schulz wychodził ściskając w rękach ciepły chleb i chroniąc go przed śniegiem. Sprawą jeszcze bardziej palącą, niż gorące pieczywo była planowana ucieczka do Warszawy. Pisarz miał już nawet załatwioną przez znajomych literatów fałszywą kenkartę, być może nie zginąłby, gdyby nie nadmierna zapalczywość jednego z urzędników aparatu terroru Tysiącletniej Rzeszy…

Gdy zaczepić ludzi spacerujących po tym spokojnym miasteczku, nie od razu kojarzą ulicę, przy której mieszkał pisarz. Ale zapytani o dom Brunona Schulza bez trudu wskazują drogę. No i ta słynna tablica upamiętniająca. „Pisarz żydowski, mistrz słowa polskiego”. Wilk syty i owca cała, a wcześniej przeciąganie liny, do kogo on właściwie należy, jest nasz, czy wasz. Przygnębiająca licytacja, bo przecież prawdziwą ojczyzną pisarza jest język, w którym tworzy. I nie ma tu większego znaczenia, że Schulz wybrał akurat polski, zresztą, fakt, że pisał akurat po polsku jest wypadkową niezliczonej ilości przypadków. A sztuka, czy nie jest ponadnarodowa, przekraczająca granice? Czy ktoś pamięta o tym banalnym zdaniu, od dawna na pierwszym miejscu przebojowej listy banałów wszechczasów?

Warto jeszcze wrócić na ulicę Szewczenki, albo Iwana Franki i podziwiać wille XIX-wiecznych bogaczy naftowych. Prototyp słynnej ulicy Krokodyli ze „Sklepów cynamonowych”. Dziś stanowią zwyczajny pejzaż sennego, prowincjonalnego miasteczka. Gdzieś przy jednym z licznych skwerów schowany jest nawet pomnik Adama Mickiewicza, naszego „wieszcza”! I radują się serca Polaków, bo oto namacalny dowód naszej wielowiekowej potęgi. I rośnie Polak w Polaku, jak powiedziałby Gombrowicz, zaś człowiek w Polaku coraz mniejszym się staje. A później te niekończące się rozmowy kresowych pielgrzymów: - „myśmy z Litwą tutaj panowali, myśmy mocarstwem byli” (wiem, byłem, podsłuchiwałem, zgrzeszyłem, żałuję, amen).

10:32, jakub_krakauer
Link Dodaj komentarz »
"Gruss aus Czernowitz" - Lwów - Stanislawow

„Dopiero na początku sierpnia 1941 r. granicę Guberni zabezpieczyły niemieckie formacje grenschutzu. Węgierski garnizon opuścił Stanisławów i nastały rządy szefa gestapo Hansa Krugera. To on dokonał wcześniej brutalnej eksterminacji inteligencji polskiej we Lwowie – profesorów i pisarzy, a następnie przeprowadził identyczną akcję w naszym mieście. (…) Kruger na własną rękę podjął się też likwidacji Żydów i w październiku, w ciągu dwóch dni, wymordował na kirkucie 10 tys. osób, a do końca 1942 r. kolejnych 25 tys.” Tak swoje rodzinne miasto wspomina Tadeusz Olszański w „Polityce”. Nieprzypadkowo bohater „Koszmaru z ulicy Wiązów” nazywa się właśnie Fred Kruger. Ale znów przerabiam dramatyczną historię na hamburgera z keczupem, do zjedzenia z popcornem w kinowej sali. 

Unijni urzędnicy i liczni intelektualiści zastanawiają się dziś, jak zdefiniować ten dziwny ideologiczny konstrukt jakim jest „europejska tożsamość”. A tu proszę bardzo, odpowiedź gotowa. Antysemityzm. Tak wiele różni wschód i zachód Europy, a tak niewiele łączy. Jak to się stało, że z niewinnego Hansa wyrósł okrutny Herr Kruger, założę się o dobrą butelkę szampana, że jego ojciec musiał wzruszać się słuchając Bacha, a dziecko posyłać do szkółki niedzielnej. Warto przeczytać Henryka Grynberga „Nad pięknym, modrym Wannsee”: w pięknych okolicznościach przyrody i w wytwornym pałacyku spotkali się kulturalni panowie Himmler, Heidrich i reszta, by powziąć decyzję o ostatecznym rozwiązaniu, bo przecież wszystkie środki zastępcze zawiodły. Węgrzy wyszli z miasta, Polacy upokorzeni i zastraszeni nie myśleli nadstawiać głowy za „braci Izraelitów”. 10 tysięcy ludzi w ciągu dwóch dni, gdy jeszcze nie działała maszyna pod nazwą Birkenau.

Co ciekawe, dziś w Iwano-Frankiwsku (nazwa od 1962 roku) działa synagoga, a przynajmniej powinna działać, gdyż przy zamkniętych drzwiach wisi tabliczka z godzinami przyjęć miejscowego rabina. To z jednej strony, z drugiej zaś schodki i wejście do sklepu żelaznego, czy może z częściami do samochodów. Całości absurdalnego obrazu dopełnia tablica upamiętniająca rewolucję z 1905 (plac Mickiewicza): napis głosi, iż odbyły się tutaj „pierwsze w Rosji” strajki robotnicze. Tylko czekać, kiedy przyjedzie tu premier Janukowycz świętować „tysiąclecie ukraińskiego Iwano-Frankiwska”. Brzmi znajomo, prawie jak odwiecznie piastowskie Pomorze Zachodnie.

10:26, jakub_krakauer
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 sierpnia 2007
"Gruss aus Czernowitz" - Stanislawów - Czerniowce

Do „Małego Wiednia” najłatwiej dotrzeć marszrutkami, najpierw do Kołomyi, tam przesiadka i już prawie jesteśmy na Bukowinie. Jeśli jakieś miasto można nazwać „kwintesencją pogranicza”, to są nimi właśnie Czerniowce. Właściwie nie wiadomo do kogo one należą. Nominalnie do Ukrainy, ale Rumunia porozumiała się z Ukrainą w sprawie północnej Bukowiny dopiero pod groźbą zatrzymania negocjacji w sprawie przystąpienia do NATO. Tymczasem w mieście działa Rumuński Dom Narodowy, a w restauracjach serwują mamałygę. Działa też Dom Polski (nieco dalej również i Niemiecki), gdzie można obejrzeć komedię na DVD albo pójść na próbę zespołu pieśni i tańca.

Mieszkańcy Czerniowic dumni są ze swojego miasta: - Na świecie są tylko trzy takie budynki – kobieta wskazuje na gmach teatru zaprojektowanego przez wiedeńskich architektów Fellnera i Helmera – ale ci w Odessie myślą, że ich teatr jest najpiękniejszy i nawet nie wiedzą, że my w Czerniowcach mamy taki sam. To znaczy budowany według tego samego planu. Trzeci jest właśnie we Wiedniu.

Plac Teatralny pojawia się na wielu starych pocztówkach, ale równie często widnieje na nich gmach dworca kolejowego, wraz z nimi nieodłączny napis „Gruss aus Czernowitz”. Hrabal twierdził, że Europa Środkowa sięga wszędzie tam, gdzie znaleźć można dworce kolejowe wybudowane na wzór i podobieństwo wiedeńskich budowli. Właśnie CK Monarchii zawdzięczają Czerniowce okres swojego największego rozkwitu w drugiej połowie XIX wieku. Tu był najdalej wysunięty na wschód niemieckojęzyczny uniwersytet (zamknięty, pan w budce pogroził palcem i powiedział „Niet”!). Założę się, że duża część ulicznych bruków pamięta jeszcze czasy miłościwie panującego Cesarza. Spacer ulicą Kobyliańską, czy Hołowną byłby czystą przyjemnością, gdyby nie tony ołowiu wydychane z rur samochodowych, zupełnie jak we Lwowie. O ile ulice w centrum miasta były świetnie przystosowane do obsługi ruchu w schyłkowych latach panowania Franciszka Józefa, o tyle w XXI wieku nie sprawdzają się zupełnie. Lepiej zatem zatkać nos i wyobrazić sobie Czerniowce w 1912 roku: z nowiutkiego dworca w stylu wiedeńskim wyjeżdżamy automobilem i mkniemy pod górę w kierunku centralnego placu. Wcześniej jednak skręcamy w prawo, naprzeciwko filharmonii wysiadamy i oddajemy się w profesjonalne ręce obsługi hotelu Bristol. Na ulicach pobrzmiewa kilka języków: niemiecki, rumuński, jidysz, ruski (ukraiński), gdzieniegdzie polski. Natan Birnbaum właśnie organizuje konferencję pisarzy tworzących w jidysz, a Paul Celan czeka w kolejce do przyjścia na świat. Wiele lat później w Paryżu napisze:

„Mieszka w domu ów mąż ten igra z wężami i pisze
i pisze gdy się ściemnia do Niemiec twe włosy złociste Margarete
to pisze i staje przed dom a gwiazdy się iskrzą on gwiżdże na psy swe gończe
i gwiżdże na Żydów też swych i każe grób sypać pod ziemią
rozkaz nam daje no grajcież do tańca” („Fuga śmierci” przeł. Jacek Filek)

O czym myślał w ostatniej chwili nim zdecydował się wskoczyć do Sekwany? Może o „Jego Czerniowcach”, „małym Wiedniu”, dla niektórych „pół-Azji”, miejscu pielgrzymek chasydów, których mistyka fascynowała go w dzieciństwie, o wietrze przynoszącym i mieszającym zapachy Czarnohory i Morza Czarnego. „Jego Czerniowcach”, ze swoim niezwykłym kolorytem i wielojęzycznym gwarem. Mieście wymazanym z mapy, być może na zawsze.

23:45, jakub_krakauer
Link Dodaj komentarz »
"Gruss aus Czernowitz" - Czerniowce - Przemysl
Na dworcu PKS w babuszka w plackarciePrzemyślu. Tablica odjazdów kusi kierunkami:  Iwano-Frankiwsk, Lwów, Suczawa, Kiszyniów. Pani proponuje tanie papierosy, a kierowcy busów zapraszają na przejażdżkę na drugą stronę żelaznej kurtyny. Za plecami tory kolejowe, a po ich drugiej stronie dworzec kolejowy z marzeń Hrabala. A więc nadal jesteśmy w Europie Środkowej.

Warto usiąść w jednej z licznych kawiarni na przemyskim rynku i raczyć się piwem Franciszkaner po 7 PLN za butelkę. Mimo, że jest dopiero przedpołudnie większość stolików zajęta. Dla niektórych to już chyba nie pierwsze piwo, kołysanie w rytm muzyki Black Sabbath i romantyczne wyznanie w stronę barmanki z przerostem cycków nad treścią („Kurwa, ale ty jesteś piękna, ja pierdolę”). Podjeżdżają używane niemieckie samochody, wysiadają w nich potomkowie starożytnych Sarmatów w dresach z trzema paskami. Za chwilę zmiana klimatu, młodzież w sztruksach i czarnych trampkach leniwie taszczy pod górkę gitarę, jakby nie zauważyła, że Kurt Cobain już dawno popełnił samobójstwo. Ale tu wszystko dociera z opóźnieniem, wlecze się w tempie ukraińskiego pociągu, więc trudno się dziwić. I właściwie dobrze. Ma rację Hrabal, jesteśmy Europie Środkowej.

23:33, jakub_krakauer
Link Dodaj komentarz »